Aby zrobić domowy twaróg trzeba uzbroić się w cierpliwość , tutaj pośpiech jest niewskazany . Zrobiłam już wiele twarogów jedne były pyszne inne nie udawały się . Jak robiłam z mleka prosto od krowy bywało ,że wychodził gorzki . Teraz robię twaróg z tego co uda mi się trafić w przecenie . Czasami w sklepie są jogurty maślanki czy kefiry przecenione na symboliczne sumy tak jak ostatnio jogurt po 0,14 groszy a litrowa maślanka po 0,55 . Twaróg można robić z samego mleka lub mieszać ze sobą jogurt śmietanę kefir i maślankę . Dobrze jest mieć do serowarzenia :) garnek z grubym dnem . Wtedy ciepło długo się utrzymuje i równomiernie rozprowadza po powierzchni . Kiedyś można było warzyć ser stawiając baniak na brzegu płyty kuchennej mam na mysli kuchnię węglową . Tam powoli dochodził do siebie ale teraz raczej nikt na takich kuchniach nie gotuje i wykorzystamy do tego celu palnik kuchenki gazowej .
Do baniaka wlałam to wszytko co na fotce jogurty naturalne maślankę i śmietanę bo stała otworzona w lodówce i chciałam ją wykorzystać .
Do powstałej mieszaniny dodałam soli tak ze dwie łyżeczki i łyżkę octu . Postawiłam na jak najmniejszym ogniu i powoli ogrzewałam . Jeśli widziałam ,że temp zbyt się podnosi zestawiłam z ognia . Absolutnie nie powinno się zagotować, wtedy robią się twarde grudy w środku masy twarogowej . Ogrzewanie trwa dość długo po pewnym czasie zaczyna się oddzielać serwatka i ser widać szczególnie po bokach baniaka ,że nasz praca zbliża się do finału . Nie wolno nic mieszać w trakcie całego procesu ogrzewania . Jeśli dodamy więcej soli to otrzymamy ser podobny do fety jeśli tylko troszkę to będzie można wykorzystać go i do słodkich potraw . Powstała serwatka jest dobra i można ją wykorzystać np . do pieczenia chleba zamiast wody .
Teraz można odcedzać ser , ja mam do tego specjalną pieluszkę używam jej tylko do robienia sera . można też kupić w aptece gazę ale musi być złożona kilkakrotnie inaczej ser wyleci poprzez dziurki . Ja odcedzam w ten sposób ,ze wykładam pieluszką cedzak do makaronu wlewam ser razem z serwatką do pieluszki i na niej ser zostaje serwatka spływa pod spód .Niestety zapomniałam zrobić fotkę z tego etapu . Jak serwatka dobrze obcieknie zawijam ser w pieluszkę i kładę między dwa talerze . Stawiam coś ciężkiego na nie i zostawiam tak na noc . Rano odwijam gotowy odsączony ser . Z tych wszystkich jogurtów maślanki i śmietany otrzymałam ponad 1kg pysznego sera .
środa, 14 września 2011
poniedziałek, 12 września 2011
Pierwszy dzień w pracy :)
Od długiego czasu szukałam pracy takiej aby pogodzić opiekę nad dziećmi i czasem pracy . Jako ,że region lubelski jest trudny do szukania pracy na dodatek w grę wchodziło tylko moje małe 20tyś miasteczko wiec nie było to proste ale udało się :) Od dziś jestem pracownikiem na pól etatu w firmie sprzątającej :) Moje miejsce pracy to pobliski bank , jutro będę załatwiać różne formalności . Moje milczenie na blogu wynikło z rozpoczęcia roku przez dzieci . Wstaję teraz przed 6 aby się ze wszystkim wyrobić ,trzeba im pomóc w lekcjach i naszykować ubrania dopilnować i sprawdzić plecaki . Wieczorem już o 21 jestem bardzo zmęczona a przed 22 juz śpimy . Na pewno będę pisać na blogu niech tylko sobie wszytko zorganizuje . Bardzo się cieszę ,że w końcu mi się udało znaleźć pracę :)
niedziela, 4 września 2011
Bułeczki świnki
Już dawno wpadły mi w oko te bułeczki przepis i fotki znalazłam na blogu "moje wypieki " A jeśli coś tam jest to znaczy ,że nie może być niesmaczne . Przy bułeczkach jest trochę roboty ale efekt wizualny i smakowy wynagradza każda chwilkę spędzoną na ich produkcji . Ja miałam dwie pomocnice , zawsze staram się zachęcać dzieci do pomocy przy gotowaniu . Jest to wspólnie spędzony czas i mają możliwość nauczyć się zrobić coś w kuchni . Było by mi bardzo miło gdyby moje dzieci miały kulinarne zacięcie tak jak ja . Jutro do szkoły poniosą te bułeczki zrobiłam je w dwóch wersjach z nadzieniem z mlecznej czekolady i kiszonej kapusty . Lepiłam ostatnio pierogi z kapustą kiszoną i zostało mi trochę nadzienia dziś mogłam go wykorzystać do bułeczek . Nadzienie czekoladowe to mleczna czekolada podzielona na kostki .
Przepis na bułki świnki pochodzi z tej strony
http://mojewypieki.blox.pl/2009/03/Buleczki-swinki.html
"Składniki na ciasto drożdżowe:
400 g mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży (7 g) lub 14 g świeżych
1 jajko
200 ml naturalnego jogurtu
100 ml ciepłego mleka
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru (można dać mniej, jeśli nadzienie jest wytrawne)
Wszystkie składniki na ciasto drożdżowe dokładnie wyrobić (można to zrobić w maszynie do pieczenia). Przykryć ręczniczkiem i pozostawić w cieple do podwojenia objętości.
Składniki na ciasto maślane:
150 g mąki
100 g masła
Składniki połączyć razem i dobrze wyrobić.
Nadzienie (ja pominęłam) - dowolne, np. pieczarki z cebulką + ser (jak na pizzę), masa marcepanowa z orzeszkami.
Ponadto:
1 jajko roztrzepane z łyżką mleka, do smarowania
1 białko, lekko roztrzepane, do sklejania
Ciasto drożdżowe po wyrośnięciu połączyć z ciastem maślanym, dobrze wyrobić, do gładkości, by nie było grudek. Rozwałkować na grubość około 5-6 mm (jeśli chcecie z nadzieniem to wtedy o połowę cieńsze, na środek kłaść łyżeczkę nadzienia i boki sklejać białkiem z drugim krążkiem). Szklanką wycinać głowy świnek, z mniejszej foremki wyciąć nosy, uszy jako ćwierć mniejszego koła. Wszystkie elementy skleić z głową za pomocą białka. Oczy i dziurki zrobić za pomocą dostępnych składników - pieprz, goździki, zioła, marcepan, czekolada itp.,(pamiętajac by np. pieprz usunąć przed podaniem dziecku).""
Bułeczki wycinałam szklanką, ryjki i uszka kieliszkiem do jajek . Ciasto jest fantastyczne , łatwo się formuje i pasuje dobrze do słodkiego i słonego nadzienia.
sobota, 3 września 2011
Czekoladki ręcznie robione.
Pierwszy raz zobaczyłam je na stronie gazety .pl
http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,777,127931195.html
Od razu zamarzyłam o takich foremkach silikonowych do robienia czekoladek ,ale cena nawet tych z Ikei była dla mnie zbyt duża . Dziś byłam w Rossmanie i trafiłam na przecenę silikonowych foremek .Pewnie dlatego ,że był to bałwanek i renifer ale wcale mnie to nie zraziło ba ucieszyłam się jakbym w totka wygrała :))
ucieszona ,że na 6zł kupiłam dwie wymarzone foremki pognałam od razu do Biedronki po czekolady aby je natychmiast wypróbować i zrobić swoje pierwsze pralinki . W pracy nad nimi pomagał mi mój pomocnik kuchenny :)Na 16 czekoladek zużyłam dwie mleczne czekolady i jedną biała . Niestety te najtańsze nie błyszczą się tak pięknie jak te droższe i na fotkach nie wygląda to idealnie, ale dzieci były zachwycone i bardzo im smakowały .Nadzienie to rozpuszczona kawa cappucino w odrobinie słodkiej śmietanki . Nic innego na szybko nie przyszło mi do głowy . Nadzienie było jednak zbyt lejące i muszę wypróbować coś innego następnym razem .
Na początku rozpuściłam cappucino w proszku w niewielkiej ilości słodkiej śmietanki pomocnik pomagał mieszać .
Potem czekoladę tą ciemniejszą połamała na kawałki i rozpuściłam ją w mikrofalówce tak tylko aby była płynna i nie za bardzo gorąca .
Potem czekoladę rozprowadzałam pędzelkiem dokładnie po ściankach foremki którą uprzednio schłodziłam w zamrażalniku . Nakładałam taką warstwę dwukrotnie , za każdym razem odkładając formę do zamrażalnika bo tak szybciej tężeje czekolada .
Potem łyżeczką nakładałam trochę nadzienia , a na wierzch rozpuszczoną biała czekoladę już nie pędzelkiem ale małą łyżeczką .
Czekoladki chłodziły się w zamrażalniku może niecałe pólgodziny bo wszyscy czekaliśmy w napięciu co z tego wyjdzie . Bałam się ,że jak będe je wyjmowac z foremki to się połamią lub rozleca ale było bez problemów . Po prostu naciskałam od spodu i hop czekoladka wyskakiwała .
Ale się cieszę ,że tak trafiłam na taką super przecenę :))
http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,777,127931195.html
Od razu zamarzyłam o takich foremkach silikonowych do robienia czekoladek ,ale cena nawet tych z Ikei była dla mnie zbyt duża . Dziś byłam w Rossmanie i trafiłam na przecenę silikonowych foremek .Pewnie dlatego ,że był to bałwanek i renifer ale wcale mnie to nie zraziło ba ucieszyłam się jakbym w totka wygrała :))
ucieszona ,że na 6zł kupiłam dwie wymarzone foremki pognałam od razu do Biedronki po czekolady aby je natychmiast wypróbować i zrobić swoje pierwsze pralinki . W pracy nad nimi pomagał mi mój pomocnik kuchenny :)Na 16 czekoladek zużyłam dwie mleczne czekolady i jedną biała . Niestety te najtańsze nie błyszczą się tak pięknie jak te droższe i na fotkach nie wygląda to idealnie, ale dzieci były zachwycone i bardzo im smakowały .Nadzienie to rozpuszczona kawa cappucino w odrobinie słodkiej śmietanki . Nic innego na szybko nie przyszło mi do głowy . Nadzienie było jednak zbyt lejące i muszę wypróbować coś innego następnym razem .
Na początku rozpuściłam cappucino w proszku w niewielkiej ilości słodkiej śmietanki pomocnik pomagał mieszać .
Potem czekoladę tą ciemniejszą połamała na kawałki i rozpuściłam ją w mikrofalówce tak tylko aby była płynna i nie za bardzo gorąca .
Potem czekoladę rozprowadzałam pędzelkiem dokładnie po ściankach foremki którą uprzednio schłodziłam w zamrażalniku . Nakładałam taką warstwę dwukrotnie , za każdym razem odkładając formę do zamrażalnika bo tak szybciej tężeje czekolada .
Potem łyżeczką nakładałam trochę nadzienia , a na wierzch rozpuszczoną biała czekoladę już nie pędzelkiem ale małą łyżeczką .
Czekoladki chłodziły się w zamrażalniku może niecałe pólgodziny bo wszyscy czekaliśmy w napięciu co z tego wyjdzie . Bałam się ,że jak będe je wyjmowac z foremki to się połamią lub rozleca ale było bez problemów . Po prostu naciskałam od spodu i hop czekoladka wyskakiwała .
Ale się cieszę ,że tak trafiłam na taką super przecenę :))
środa, 31 sierpnia 2011
Eko -podpaska
Jestem osobą ciekawą świata i różnych nowinek .Trafiłam w necie na taki artykuł o ekopodpoaskach . Pierwsza myśl to była ,że to śmieszne niepraktyczne i w ogóle do bani !
Podaję link do artykułu .
http://fitness.wp.pl/zdrowie/metody-naturalne/go:2/art74,gadzety-ekokobiety-.html
Potem pomyślałam ,że warto było by wypróbować zanim się oburzę i stwierdzę ,że to idiotyczny wynalazek . Poszukałam po angielskich stronach o dziwo okazało się ,że takie podpaski mają wiele entuzjastek i są naprawdę ładne .
Z kawałka czerwonej satyny i mojej piżamki w kotki powstał prototyp takiej ekopodpaski .
Przy okazji szycia nauczyłam się jak się przymocowuje takie zatrzaski jak są przy bodach .
Wiem ,że będą osoby dla których taka forma zabezpieczenia na te dni jest ohydna bleeee i do bani , ale po przetestowaniu stwierdzam ,że podpaska taka jest niewyczuwalna w czasie noszenia , mega miła i przyjemna , ale nie jest tak chłonna jak zwykła podpaska . Nadaje się za to super do noszenia wtedy kiedy krwawienie nie jest zbyt obfite . Podpaski zużyte tzreba namoczyć w zimnej wodzie na 2-3 godziny a potem normalnie prać . Plamy takiego rodzaju urwalaja się w wysokiej temp i pod wpływem proszku do prania , ja używam wtedy szarego mydła. Jest bardzo dobre na spieranie wszelkiego rodzaju plam. To dotyczy też bielizny, nie wolno wkładac jej w gorąca wodę tylko w zimną i płukać do skutku . Można próbować wody utlenionej do wywabiania plam ale raczej z białych tkanin .
Wiem wiem ,jestem dziwna , ale ciekawie mnie wszytko nowe i inne prasowałam nawet żelazkiem na dusze bo interesowało mnie jak to działa .
Jeśli ktoś chciałby przetestować taki "eko" wynalazek , może zamówić u mnie , mam nowe materiały flanelowe nie bójcie się ,że uszyje wam ze swojej starej piżamy :)))
Podaję link do artykułu .
http://fitness.wp.pl/zdrowie/metody-naturalne/go:2/art74,gadzety-ekokobiety-.html
Potem pomyślałam ,że warto było by wypróbować zanim się oburzę i stwierdzę ,że to idiotyczny wynalazek . Poszukałam po angielskich stronach o dziwo okazało się ,że takie podpaski mają wiele entuzjastek i są naprawdę ładne .
Z kawałka czerwonej satyny i mojej piżamki w kotki powstał prototyp takiej ekopodpaski .
Przy okazji szycia nauczyłam się jak się przymocowuje takie zatrzaski jak są przy bodach .
Wiem ,że będą osoby dla których taka forma zabezpieczenia na te dni jest ohydna bleeee i do bani , ale po przetestowaniu stwierdzam ,że podpaska taka jest niewyczuwalna w czasie noszenia , mega miła i przyjemna , ale nie jest tak chłonna jak zwykła podpaska . Nadaje się za to super do noszenia wtedy kiedy krwawienie nie jest zbyt obfite . Podpaski zużyte tzreba namoczyć w zimnej wodzie na 2-3 godziny a potem normalnie prać . Plamy takiego rodzaju urwalaja się w wysokiej temp i pod wpływem proszku do prania , ja używam wtedy szarego mydła. Jest bardzo dobre na spieranie wszelkiego rodzaju plam. To dotyczy też bielizny, nie wolno wkładac jej w gorąca wodę tylko w zimną i płukać do skutku . Można próbować wody utlenionej do wywabiania plam ale raczej z białych tkanin .
Wiem wiem ,jestem dziwna , ale ciekawie mnie wszytko nowe i inne prasowałam nawet żelazkiem na dusze bo interesowało mnie jak to działa .
Jeśli ktoś chciałby przetestować taki "eko" wynalazek , może zamówić u mnie , mam nowe materiały flanelowe nie bójcie się ,że uszyje wam ze swojej starej piżamy :)))
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Wirus HCV wciaż ze mną :((
Dzwoniłam właśnie do lekarza prowadzącego po wyniki na obecność wirusa HCV, niestety cud się nie zdarzył . Wirus jest nadal ze mną .... jedynie dobre wyniki z ostatniego pobytu w szpitalu dają mi nadzieję ,że pomimo wszytko da się z tym dziadostwem żyć .
Dziękuje za życzliwe słowa w komentarzach , byłam prawie pewna ,ze jestem już zdrowa . Jakoś tak irracjonalnie uwierzyłam ,że to możliwe . Wydawało mi się ,że wynik to tylko będzie formalność i potwierdzenie . Wiem ,że to głupie ale uwierzyłam w cud ..Było by super zapomnieć o tym wszystkim zmienić tytuł bloga na "roxanna" i żyć normalnie nie bojąc się o to ,że mogę być dla innych zagrożeniem . Dziękuje za wsparcie psychiczne , super ,że jest tyle osób życzliwych mi i dla których jestem ważna . Trzeba żyć dalej , cieszyć się dobrymi wynikami i dobrym samopoczuciem i nie chcieć od życia zbyt wiele cudów na raz :)
Dziękuje za życzliwe słowa w komentarzach , byłam prawie pewna ,ze jestem już zdrowa . Jakoś tak irracjonalnie uwierzyłam ,że to możliwe . Wydawało mi się ,że wynik to tylko będzie formalność i potwierdzenie . Wiem ,że to głupie ale uwierzyłam w cud ..Było by super zapomnieć o tym wszystkim zmienić tytuł bloga na "roxanna" i żyć normalnie nie bojąc się o to ,że mogę być dla innych zagrożeniem . Dziękuje za wsparcie psychiczne , super ,że jest tyle osób życzliwych mi i dla których jestem ważna . Trzeba żyć dalej , cieszyć się dobrymi wynikami i dobrym samopoczuciem i nie chcieć od życia zbyt wiele cudów na raz :)
niedziela, 28 sierpnia 2011
Scones -czyli proste bułki na sodzie
Już dawno miałam ochotę wypróbować ten przepis , czytałam wiele pochlebnych opinii ,ze łatwe i smaczne .dziś rano miałam tylko kilka kromek chleba i zamarzyły mi się miękkie bułeczki na śniadanie . Rzeczywiście robi się je bardzo szybko , przepis jest łatwy i na stałe wchodzi do mojego menu. Do zrobienia scones użyłam mąki typ 659 , ale myślę ,że można śmiało mieszać różne mąki ze sobą a do ciasta dodawać ulubione dodatki ziarna rodzynki lub co tylko lubimy . Według mnie ważne jest to aby ciasto było dość luźne bo wtedy bułeczki ładnie rosną i nie są twarde . Mi najbardziej smakują po wystygnięciu .Na śniadanie zjadłam je z masłem i domowej roboty dżemem z malin .
Wzorowałam się na przepisie z tego linku
http://spec.pl/kulinaria/potrawy/jak-zrobic-scones
W dużej misce wymieszałam łyżką 500 g mąki , łyżeczkę soli łyżeczkę cukru łyżeczkę sody i dodawałam kefir z braku maślanki . Kefir zużyłam prawie cały duży , potem ciasto przełożyłam na stolnice podsypaną mąką i lekko zagniotłam formując kulę . Potem podsypując mąką rozwałkowałam, pocięłam na paski i kroiłam nożem na nieregularne trójkąty . Blachy lekko natłuściłam i układałam scones. Piekarnik był już rozgrzany do 220 stopni bo włączyłam go jak tylko zaczęłam robić ciasto . Po 15 minutach były już gotowe . Skórka powinna być dość ciemna , rumiana wtedy są dobrze upieczone w środku . Z podaje porcji wyszło mi tyle bułeczek jak na fotce .
fajne pomysły mają te zagraniczne gospodynie :) Ciekawe jaką historie maja te bułki ?
piątek, 26 sierpnia 2011
Papryka na zimę
Mam sprawdzony przepis na paprykę robię ja co roku i zawsze wszystkim smakuje jest jędrna chrupiąca i nie psuje się .
Ja robię ją "na oko " ale podaję proporcje .
4kg papryki może być różnokolorowa .
1 duża główka czosnku
6dkg soli
1 szklanka cukru
1 szklanka octu 10% można dać słabszy
3\4 szklanki oleju .
Paprykę należy pokroić w dowolne kawałki ja kroję w nieduże kwadraty .czosnek w plastry . Posypujemy solą dodajemy cukier i olej i odstawiamy na 4 godziny aby puściło sok . Potem dodajemy ocet .
Paprykę z powstałym "sokiem " wkładamy do słoików upychając łyżeczką.
Nieduże słoiki np dżemówki pasteryzujemy 10 minut jeśli paprykę pasteryzuje się zbyt długo robi się miękka .
Ja robię ją "na oko " ale podaję proporcje .
4kg papryki może być różnokolorowa .
1 duża główka czosnku
6dkg soli
1 szklanka cukru
1 szklanka octu 10% można dać słabszy
3\4 szklanki oleju .
Paprykę należy pokroić w dowolne kawałki ja kroję w nieduże kwadraty .czosnek w plastry . Posypujemy solą dodajemy cukier i olej i odstawiamy na 4 godziny aby puściło sok . Potem dodajemy ocet .
Paprykę z powstałym "sokiem " wkładamy do słoików upychając łyżeczką.
Nieduże słoiki np dżemówki pasteryzujemy 10 minut jeśli paprykę pasteryzuje się zbyt długo robi się miękka .
środa, 24 sierpnia 2011
Galantyna z kurczaka
O tym ,ze to danie jest smaczne i jest niebanalną możliwością na podanie drobiu wiedziałam już od dawna ale uważałam ,ze wyluzowanie kości z tuszki to wyższa szkoła jazdy i na pewno nie dam sobie z tym rady . Wczoraj wieczorem powiedziałam sobie "spróbuję a co mi tam ? :)) " . Pomagałam sobie wskazówkami zawartymi w "Kuchni Polskiej ". Cała czynność oddzielania kości od mięsa okazała się nie taka trudna jak mi się wydawało ale pierwszy raz robiłam to dość długo . Ale jestem pewna ,że następnym razem pójdzie już sprawnie .
Nie planowałam robienia galantyny no i miałam problem co dać do środka , zdecydowałam się tylko na same przyprawy innym razem zrobię z dodatkami . Płat mięsa lekko rozbiłam tłuczkiem i posmarowałam koncentratem pomidorowym posypałam solą , suszonym czosnkiem i chili . Zrolowałam obwiązałam grubą nicią i zawinęłam w folię aluminiową . Taki pakunek włożyłam do szybkowara , wlałam pół szklanki wody i na maleńkim ogniu dusiłam .
Na drugi dzień rano , po otworzeniu szybkowara zastałam taki oto widok , galantynę i sporo aromatycznego sosu .
Mięso było właściwie już gotowe , ale planowałam podać go na obiad dla moich dzieci a oni pieczonego kurczaka , podpiekałam wiec go chwilę aby skórka z wierzchu się zrumieniła a mięso podgrzało . Sos z gotowania zagęściłam odrobiną wody i mąki . Galantynę kroiłam w plastry podawałam z sosem ziemniakami i surówką . Został jeszcze spory kawałek galantyny myślę ,że po wystudzeniu będzie idealnym dodatkiem do kanapek .
Nie planowałam robienia galantyny no i miałam problem co dać do środka , zdecydowałam się tylko na same przyprawy innym razem zrobię z dodatkami . Płat mięsa lekko rozbiłam tłuczkiem i posmarowałam koncentratem pomidorowym posypałam solą , suszonym czosnkiem i chili . Zrolowałam obwiązałam grubą nicią i zawinęłam w folię aluminiową . Taki pakunek włożyłam do szybkowara , wlałam pół szklanki wody i na maleńkim ogniu dusiłam .
Na drugi dzień rano , po otworzeniu szybkowara zastałam taki oto widok , galantynę i sporo aromatycznego sosu .
Mięso było właściwie już gotowe , ale planowałam podać go na obiad dla moich dzieci a oni pieczonego kurczaka , podpiekałam wiec go chwilę aby skórka z wierzchu się zrumieniła a mięso podgrzało . Sos z gotowania zagęściłam odrobiną wody i mąki . Galantynę kroiłam w plastry podawałam z sosem ziemniakami i surówką . Został jeszcze spory kawałek galantyny myślę ,że po wystudzeniu będzie idealnym dodatkiem do kanapek .
niedziela, 21 sierpnia 2011
Ogórki kiszone w butelkach po mleku .
Na prośbę czytelniczki bloga podaję mój sposób na kiszenie ogórków . Wiem ,że ludzie kiszą w dużych butlach 5 l po wodzie , ale dla mnie to jest zbyt wielka porcja . Gdzieś w necie wyczytałam ,że można wykorzystać do tego plastikowe butelki po mleku . W zeszłym roku wypróbowałam ten sposób i były dobre . Jest to dobry sposób , ja zbierałam butelki cały rok gromadziłam je czyste i umyte w dużym worku w piwnicy . Kiedy już miałam ogórki butelki były gotowe do napełniania , nie było problemu z myciem słoików i szukaniem wieczek .jedyny minus tego sposobu to jest to ,że możemy wykorzystać tyle niezbyt duże ogórki , które zmieszczą się w szyjkę butelki . Zalewę robię od lat taka samo na 5 litrów wody daję 200g soli . Wodę pzregotowuję sypię sól i odstawiam do wystygnięcia , letnią zalewą zalewam ogórki . Dla zapachu i smaku dodaję czosnek i koper liście nasiona kwiatostan i łodygi . Ogórki zalane zalewą trzymam dwa dni w kuchni i odkręcam zakrętki aby wypuścić powstający w czasie fermentacji gaz , potem wynoszę do piwnicy , nie zdarzyło mi się aby się nie udały czy popsuły , pod warunkiem ,że butelki będą dobrze wymyte . Aby wyjąć ukiszone ogórki odcinam wierzch butelki nożem i przekładam je do słoika wraz z sokiem .
wtorek, 16 sierpnia 2011
Domowe Bounty jest super
Myślałam nad tym co zrobić pysznego na powitanie moich córek , które są na kolonii w Krakowie i 18 wracają do domu . Szukałam , szukałam i znalazłam na blogu "Moje wypieki"coś idealnego na tą okazje .
Wzorowałam się na tym przepisie ale delikatnie go zmieniłam do swoich potrzeb .
http://mojewypieki.blox.pl/2007/12/Batonik-Bounty.html
W garnku rozpuściłam 100g margaryny , na pewno lepsze będzie z masłem , ale nie miałam . Do rozpuszczonej margaryny dodałam dwie czubate łyżki cukru pudru . Zdjęłam z kuchni i mieszałam aż cukier się rozpuścił i masa trochę ostygła , teraz według przepisu z bloga trzeba było dodać słodką śmietankę, ale nie miałam i dałam dwie czubate kwaśnej śmietany . Trochę obawiałam się ,że się zetnie ale przecież do zupy taką dodaje i jest OK . Do powstałej masy dodałam wiórki kokosowe miałam duża paczkę 200g , ale okazało się to za mało i dosypałam jeszcze 100g. Wiórki trzeba dokładnie wymieszać z masa , robią się żółtawe pewnie z powodu margaryny ale po zastygnięciu są białe . Dodałam jeszcze do masy odrobinę kwasku cytrynowego , to był dobry pomysł , bo z samym cukrem były dość mdłe. Odstawiłam wszytko do lodówki aby masa stężała . Potem formowałam kulki wielkości orzecha włoskiego , trzeba to robić ściskając masę w ręku i nie moczyć rąk woda tylko suchymi dłońmi . Uformowane kuli położyłam na tacce i wstawiłam do zamrażalnika aby zastygły .
Teraz trzeba rozpuścić w małej misce czekoladę połamaną na kawałeczki . Ja miałam cała tabliczkę mlecznej i pól tabliczki białej , zmieszałam je razem . Okazało się jednak ,że polewy jest za mało i wystarczyło mi to tylko na połowę kulek . Każdą kulkę nadziewałam na patyk od szaszłyka i zanurzałam w płynnej czekoladzie . Pomagałam sobie drugim patyczkiem i zdejmowałam na tackę wyłożoną papierem . Zostawiłam je na noc w lodówce i rano robiłam dla Was fotki .
Jeśli ktoś lubi kokosowe batony na pewno będzie zachwycony tymi kulkami .
Wzorowałam się na tym przepisie ale delikatnie go zmieniłam do swoich potrzeb .
http://mojewypieki.blox.pl/2007/12/Batonik-Bounty.html
W garnku rozpuściłam 100g margaryny , na pewno lepsze będzie z masłem , ale nie miałam . Do rozpuszczonej margaryny dodałam dwie czubate łyżki cukru pudru . Zdjęłam z kuchni i mieszałam aż cukier się rozpuścił i masa trochę ostygła , teraz według przepisu z bloga trzeba było dodać słodką śmietankę, ale nie miałam i dałam dwie czubate kwaśnej śmietany . Trochę obawiałam się ,że się zetnie ale przecież do zupy taką dodaje i jest OK . Do powstałej masy dodałam wiórki kokosowe miałam duża paczkę 200g , ale okazało się to za mało i dosypałam jeszcze 100g. Wiórki trzeba dokładnie wymieszać z masa , robią się żółtawe pewnie z powodu margaryny ale po zastygnięciu są białe . Dodałam jeszcze do masy odrobinę kwasku cytrynowego , to był dobry pomysł , bo z samym cukrem były dość mdłe. Odstawiłam wszytko do lodówki aby masa stężała . Potem formowałam kulki wielkości orzecha włoskiego , trzeba to robić ściskając masę w ręku i nie moczyć rąk woda tylko suchymi dłońmi . Uformowane kuli położyłam na tacce i wstawiłam do zamrażalnika aby zastygły .
Teraz trzeba rozpuścić w małej misce czekoladę połamaną na kawałeczki . Ja miałam cała tabliczkę mlecznej i pól tabliczki białej , zmieszałam je razem . Okazało się jednak ,że polewy jest za mało i wystarczyło mi to tylko na połowę kulek . Każdą kulkę nadziewałam na patyk od szaszłyka i zanurzałam w płynnej czekoladzie . Pomagałam sobie drugim patyczkiem i zdejmowałam na tackę wyłożoną papierem . Zostawiłam je na noc w lodówce i rano robiłam dla Was fotki .
Jeśli ktoś lubi kokosowe batony na pewno będzie zachwycony tymi kulkami .
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
niedziela, 14 sierpnia 2011
Domowe Pieguski
Przepis na te pyszne ciasteczka był na moim starym blogu ale warto przypomnieć go jeszcze raz . Ciasteczka robi się bardzo szybko są tanie, wydajne, świetnie przechowują się w metalowym pudełku , można je zabrać ze sobą na podróż, do pracy czy szkoły . Jest wiele możliwości zmiany smaków , można dodawać ulubione ziarna , suszoną żurawinę , rodzynki, wiórki kokosowe , czy odrobinę kakao aby uzyskać kakaowe pieguski . U mnie dziś do ciasta dodałam tabliczkę najzwyklejszej czekolady ,i orzeszki ziemne . Z podanej porcji wyszło mi 45 ciasteczek .
1 kostka margaryny 250g -można dać masło
3\4 szklanki cukru
1 jajko
1 płaska łyżeczka sody
3 szklanki mąki
szczypta soli
dodatki smakowe -orzechy , czekolada , ziarna
W dużej misce dajemy margarynę ale taką nie z lodówki tylko taką o temp pokojowej , sypiemy cukier sól jajko i ucieramy to wszytko robotem . Do utartej masy dodajemy mąkę , sodę , i ucieramy . Uzyskujemy takie jakby grudki , wtedy dodajemy dodatki smakowe, mieszamy ostatni raz .i mamy gotowe ciasto .
Piekarnik rozgrzewamy do temp .200 stopni . Blachy nie trzeba niczym smarować, bo ciasteczka są tłuste i nie przywierają po upieczeniu . Można wyłożyć jeśli ktoś chce papierem do pieczenia . Ciasteczka formowałam duża łyżką , , którą moczyłam w zimnej wodzie . Wtedy masa daje się łatwo zdejmować z łyżki . Ciasteczka wielkości dużego orzecha włoskiego , lekko rozpłaszczamy łyżką . Pieczemy 10-15 minut aż brzegi się zrumienią . Po upieczeniu ciasteczka są bardzo miękkie i kruche , jednak po ostygnięciu sztywniejsze . Trzeba je delikatnie zdejmować z blachy aby się nie pokruszyły .
1 kostka margaryny 250g -można dać masło
3\4 szklanki cukru
1 jajko
1 płaska łyżeczka sody
3 szklanki mąki
szczypta soli
dodatki smakowe -orzechy , czekolada , ziarna
W dużej misce dajemy margarynę ale taką nie z lodówki tylko taką o temp pokojowej , sypiemy cukier sól jajko i ucieramy to wszytko robotem . Do utartej masy dodajemy mąkę , sodę , i ucieramy . Uzyskujemy takie jakby grudki , wtedy dodajemy dodatki smakowe, mieszamy ostatni raz .i mamy gotowe ciasto .
Piekarnik rozgrzewamy do temp .200 stopni . Blachy nie trzeba niczym smarować, bo ciasteczka są tłuste i nie przywierają po upieczeniu . Można wyłożyć jeśli ktoś chce papierem do pieczenia . Ciasteczka formowałam duża łyżką , , którą moczyłam w zimnej wodzie . Wtedy masa daje się łatwo zdejmować z łyżki . Ciasteczka wielkości dużego orzecha włoskiego , lekko rozpłaszczamy łyżką . Pieczemy 10-15 minut aż brzegi się zrumienią . Po upieczeniu ciasteczka są bardzo miękkie i kruche , jednak po ostygnięciu sztywniejsze . Trzeba je delikatnie zdejmować z blachy aby się nie pokruszyły .
Wzorowy Pacjent :)
Gdyby była odznaka wzorowego pacjenta na pewno z taką wyszłabym do domu :) Dzięki Pomocy Fundacji TVN " Nie jesteś sam" mogłam kupować i przyjmować systematycznie potrzebne leki , unikałam ciężkostrawnych potraw , oczywiście od 11lat nie miałam kropli alkoholu w ustach , nie palę tez papierosów . Od pól roku biorę Quensyl , wszystko to razem plus moje pozytywne nastawienie ( nie ukrywam ,że modlę się codziennie o wyzdrowienie ) dało to ,że mam idealne wyniki , na USG nie ma zmian chorobowych , wygląda tak jakbym była zdrowa . Przemknęła mi myśl przez głowę ,że może właśnie u mnie zdarzył się cud i nastąpiło samowylecznie . Są takie przypadki kiedy pacjenci sami zwalczają HCV , lekarze nie wiedzą czemu tak się dzieje . Może akurat u mnie zdarzył się ten niewyobrażalny cud ? Dowiem się już niedługo , jak przyjdą wyniki z wiremii , którą pobrano w szpitalu . Trzymajcie kciuki :)
W szpitalu w Lublinie warunki pobytu są na luksusowym poziomie , sale dwuosobowe , przy każdej sali własna łazienka .
W szpitalu w Lublinie warunki pobytu są na luksusowym poziomie , sale dwuosobowe , przy każdej sali własna łazienka .
czwartek, 11 sierpnia 2011
Jestem :)
Jestem od wczoraj w domu . Prosto z busa weszła w sam środek wymiany okien w moim mieszkaniu . Wszystko mam w kurzu i pyle ogarniam to powoli . W szpitalu wyniki wyszły bardzo dobrze napiszę więcej jak się uporam z odgruzowaniem mieszkania .
piątek, 5 sierpnia 2011
wtorek, 2 sierpnia 2011
Galaretka z rosołu z kurczaka
Czasami zostaje trochę rosołu i jakoś nikt nie jest chętny na niego . Ot Jedna lub półtorej porcji z którą w sumie nie wiadomo co zrobić . Można zrobić wtedy taką galaretkę z sokiem z cytryny kromką chleba i kubkiem herbaty może być śniadaniem lub przekąską . W galarecie mogą wtedy wylądować gotowane jajko w plasterkach , plasterek szynki samotny w lodówce i ugotowana marchewka z rosoły . Kawałeczek czegoś zielonego dla ozdoby . Robi się prosto do gorącego rosołu wsypuje się żelatynę miesza aż się rozpuści . W salaterce układa dodatki u mnie mięso z rosołu i marchewka . Zalewa się dodatki odstawia aby wystygło i dopiero wtedy siup do lodówki . Na drugi dzień rano zbieramy tłuszcz z wierzchu wyrzucamy i podajemy według uznania . Taką galaretkę można zrobić z korpusów , jest mile widzianym dodatkiem w gorące letnie dni , kto lubi może natrzeć miskę przed wlaniem rosołu ząbkiem czosnku nadaje to aromat galarecie .
Ja jestem w samym środku przetwarzania ogórków na zimę , kupiłam dwa worki 10 kg . Będą kiszone( w butelkach plastikowych po mleku ) i konserwowe .
Niestety kręgosłup daje mi popalić biorę zastrzyki przeciwbólowe dexak aloe nie za bardzo pomagają , najchętniej wymieniłam bym kręgosłup na nowy :) .
Dzieci jadą na kolonie z Mopsu a ja korzystam z okazji i idę na badania do Kliniki w Lublinie oczywiście na oddział zakaźny . Przepytam lekarza prowadzącego co mu wiadomo na temat nowych leków od HCV .Może jakiś będzie się nadawał dla mnie :)
Jak zwykle u mnie jak coś się dzieje to na raz:)) bo będą wymienić okna w kamienicy . we wrześniu już powinno być wszytko ukończone , na pewno będzie cieplej i nie trzeba będzie obijać je folią na zimę .
Ja jestem w samym środku przetwarzania ogórków na zimę , kupiłam dwa worki 10 kg . Będą kiszone( w butelkach plastikowych po mleku ) i konserwowe .
Niestety kręgosłup daje mi popalić biorę zastrzyki przeciwbólowe dexak aloe nie za bardzo pomagają , najchętniej wymieniłam bym kręgosłup na nowy :) .
Dzieci jadą na kolonie z Mopsu a ja korzystam z okazji i idę na badania do Kliniki w Lublinie oczywiście na oddział zakaźny . Przepytam lekarza prowadzącego co mu wiadomo na temat nowych leków od HCV .Może jakiś będzie się nadawał dla mnie :)
Jak zwykle u mnie jak coś się dzieje to na raz:)) bo będą wymienić okna w kamienicy . we wrześniu już powinno być wszytko ukończone , na pewno będzie cieplej i nie trzeba będzie obijać je folią na zimę .
sobota, 30 lipca 2011
Pizza domowa i cebularz krok po kroku
W soboty i niedziele mogę korzystać z prądu tańszego bo mam taką taryfę i zawsze wtedy z wielką radością oddaje się pieczeniu :) Dziś postanowiłam ,że zrobię foto kurs jak robić pizze i przy okazji cebularza . Cebularze są przepyszne i jest to nasza regionalna lubelska specjalność .Kiedy piekę ciasto na drożdzach zawsze są one świeże , nigdy jeszcze nie piekłam z tych suszonych , choć mam kilka takich torebeczek w szafce .Zrobiłam fotki z każdego etapu może dla kogoś kto już wie jak to robić będa to banalne rzeczy , ale może skorzystają te osoby które nigdy jeszcze nie robiły i wykonają swoją pierwszą w życiu pizze .
1. w dużej misce rozpuszczamy 2dkg drożdzy w 1\4 szklanki ciepłej wody dodajemy szczyptę cukry i łyżkę mąki mieszamy ze sobą i odstawiamy . Za jakiś czas drozdze zaczynają pracować i rosnąc na powierzchni pojawią się bombelki i nasz zaczyn zaczyna rosnąc .
2.Bierzemy 3 szklanki mąki wsypujemy je do zaczynu , szklankę wody i sól .
Kiedyś miesiłam ciasto ręcznie ale teraz wiem ,że szybciej i łatwiej robi się go robotem, jesli ciasto jest gęste to mozna dodac jeszcze ciut wody ale nie wiecej niz 1/2 szklanki .
Ciasto na pizze powinno być nie za gęste bo potem wychodzi łamiząbek a nie puszyste cudo . lepsze za rzadkie ciasto niz zbita gęsta kula .
3.przykrywamy miskę czystą ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia . Można od razu wykładać ciasto na blachę i po uformowaniu kłaść dodatki . ja jednak odstawiam ciasto do wyrośnięcia .Na fotce są dwa ciasta na chleb i na pizze . Chleb to to ciemniejsze ciasto .4. Ciasto sobie rośnie a my szykujemy blachę na której będziemy , piec smarujemy ją dość hojnie olejem ale nie tak aby w nim pływała . Jesli ktoś nie lubi dużo tłuszczu można polożyć papier do pieczenia i tylko odrobinę zwilżyć olejem . Wyrośnięte ciasto wykładamy na blachę pomagamy sobie rękami trzeba je posmarować odrobiną tłuszczu wtedy ciasto nie klei się do rąk . Ja swoje podzieliłam na 4 części można robić jedną duża pizze lub dla każdego osobno z innymi dodatkami . Ciasto podzieliłam dużym nożem.
5. Natłuszczonymi palcami i dłonią rozciagamy ciasto na blaszkach , lubi się ono kurczyć z powrotem ale nie trzeba się poddawać :))Po rozciagnięciu smarujemy sosem pomidorowem własnej roboty lub gotowym keczupem .
5. Na cebularza ułożyłam pokrojoną w kostkę cebulę i posypałam makiem ,oryginalny przepis mówi o podsmażeniu cebuli przed położeniem na ciasto .
6. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni , wkładamy podrośniętą pizze i pieczemy20 -30 minut aż brzegi zaczynają się rumienić . I tyle :)) Smacznego :)
1. w dużej misce rozpuszczamy 2dkg drożdzy w 1\4 szklanki ciepłej wody dodajemy szczyptę cukry i łyżkę mąki mieszamy ze sobą i odstawiamy . Za jakiś czas drozdze zaczynają pracować i rosnąc na powierzchni pojawią się bombelki i nasz zaczyn zaczyna rosnąc .
2.Bierzemy 3 szklanki mąki wsypujemy je do zaczynu , szklankę wody i sól .
Kiedyś miesiłam ciasto ręcznie ale teraz wiem ,że szybciej i łatwiej robi się go robotem, jesli ciasto jest gęste to mozna dodac jeszcze ciut wody ale nie wiecej niz 1/2 szklanki .
Ciasto na pizze powinno być nie za gęste bo potem wychodzi łamiząbek a nie puszyste cudo . lepsze za rzadkie ciasto niz zbita gęsta kula .
3.przykrywamy miskę czystą ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia . Można od razu wykładać ciasto na blachę i po uformowaniu kłaść dodatki . ja jednak odstawiam ciasto do wyrośnięcia .Na fotce są dwa ciasta na chleb i na pizze . Chleb to to ciemniejsze ciasto .4. Ciasto sobie rośnie a my szykujemy blachę na której będziemy , piec smarujemy ją dość hojnie olejem ale nie tak aby w nim pływała . Jesli ktoś nie lubi dużo tłuszczu można polożyć papier do pieczenia i tylko odrobinę zwilżyć olejem . Wyrośnięte ciasto wykładamy na blachę pomagamy sobie rękami trzeba je posmarować odrobiną tłuszczu wtedy ciasto nie klei się do rąk . Ja swoje podzieliłam na 4 części można robić jedną duża pizze lub dla każdego osobno z innymi dodatkami . Ciasto podzieliłam dużym nożem.
5. Natłuszczonymi palcami i dłonią rozciagamy ciasto na blaszkach , lubi się ono kurczyć z powrotem ale nie trzeba się poddawać :))Po rozciagnięciu smarujemy sosem pomidorowem własnej roboty lub gotowym keczupem .
5. Na cebularza ułożyłam pokrojoną w kostkę cebulę i posypałam makiem ,oryginalny przepis mówi o podsmażeniu cebuli przed położeniem na ciasto .
6. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni , wkładamy podrośniętą pizze i pieczemy20 -30 minut aż brzegi zaczynają się rumienić . I tyle :)) Smacznego :)
czwartek, 28 lipca 2011
środa, 27 lipca 2011
Od wirusowego zapalenia wątroby do raka wątrobowokomórkowego -artykuł
http://www.medonet.pl/element-akcji-okresowej,artykul,910050,1647061,1,od-wirusowego-zapalenia-watroby-do-raka-watrobowokomorkowego,index.html
Podaję link do Ciekawego artykułu o raku watroby ,który powstaje u osob zarażonych wirusem HCV i HBV . Nie ukrywam ,że bardzo się takiego rozwoju sytuacji obawiam :(.
Od wirusowego zapalenia wątroby do raka wątrobowokomórkowego
Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Rak wątrobowokomórkowy jest bardzo groźną chorobą, o trudnym przebiegu i o niepomyślnym rokowaniu. Znanych jest wiele czynników ryzyka wystąpienia raka wątrobowokomórkowego, do których należą między innymi: zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu B lub C, marskość wątroby spowodowana nadużywaniem alkoholu, spożywanie żywności skażonej aflatoksyną (wydzielaną przez niektóre pleśnie zbożowe) oraz niektóre schorzenia autoimmunologiczne.
Najważniejszymi z wymienionych czynników ryzyka jest niewątpliwie wirusowe zapalenie wątroby typu B i C.
28 lipca jest Światowym Dniem Zapalenia Wątroby
»
Do zakażenia wirusami HBV (Hepatitis B Virus ) i HCV (Hepatitis C Virus) dochodzi drogą pozajelitową, głównie poprzez krew (transfuzje bądź użycie zakażonej igły do wstrzyknięcia np. narkotyku) lub wydzieliny, płyny ustrojowe i wydaliny, takie jak śluz, ślina, płyn nasienny. Mimo wielu podobieństw nie należy jednak wrzucać obu wirusów do jednego worka. Ich zakaźność jest różna. HBV jest bardzo zakaźny, odporny na wiele środków fizyko-chemicznych, między innymi na gotowanie. Niewielka jego ilość w wydzielinach wystarcza do wywołania choroby. Jest to wirus wszędobylski, stąd wprowadzenie szczepień (obowiązkowych już m.in. w Polsce i USA) ma zapobiec szerzeniu się choroby i ograniczeniu nosicielstwa.
Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Okres inkubacji HBV wynosi średnio 60–100 dni. Przebieg zakażenia nie zawsze jest powiązany z wyraźnymi objawami. Generalnie, im starszy jest organizm, tym wyraźniejsze są objawy. Mogą to być trwające nawet do kilku tygodni bóle stawów, zmęczenie, brak apetytu, gorączka, mdłości, wymioty, biegunka. Mniej więcej jedna czwarta zakażeń objawia się żółtaczką. Bardzo rzadkim (mniej niż 1% przypadków), ale potencjalnie śmiertelnym powikłaniem jest piorunujące zapalenie wątroby, częściej występujące wówczas, gdy współistnieje zakażenie wirusem hepatitis typu D. Infekcje bezobjawowe, a jest ich ok. 10%, jak sama nazwa wskazuje przechodzą niezauważenie, co jednak nie zawsze oznacza wyleczenie. Choroba może przejść w fazę przewlekłą i po wielu latach może doprowadzić do marskości wątroby (po 20-25 latach) czy rozwoju raka wątrobowokomorkowego (nawet po 30-50 latach). Pacjent często bagatelizuje i nie przywiązuje wagi do nieznacznych symptomów, które pomogłyby wcześniej wykryć chorobę, rozpocząć leczenie i zwiększyć szanse przeżycia.
»
HCV jest dużo mniej zakaźny; do wywołania choroby potrzeba sporych dawek wirusa, dlatego jednorazowy kontakt z zainfekowaną igłą przy okazji np. wykonywania tatuażu niekoniecznie doprowadzi do infekcji. Zdecydowana większość zakażeń HCV jest przenoszona drogą krwiopochodną. Czynniki ryzyka to: hemodializy, używanie niejałowego sprzętu medycznego, a także liczne kontakty seksualne. Przed rokiem 1993 w Polsce źródłem zakażenia były także transfuzje krwi. Obecnie przypadki takich zakażeń zostały praktycznie wyeliminowane dzięki stosowaniu w krwiodawstwie testów przesiewowych.
W przypadku HCV zakażenie jest na ogół bezobjawowe. Niewielki odsetek zakażonych ma szansę na trwałe, spontaniczne wyeliminowanie wirusa. U większości osób infekcja nabiera przewlekłego charakteru, co, podobnie jak w przypadku HBV, nie jest jednoznaczne z wystąpieniem powikłań. Jednak należy pamiętać, że około 15-20% przewlekle zarażonych osób jest zagrożonych marskością wątroby, a nawet rakiem wątrobowokomórkowym.
Wykrycie raka bywa bardzo często przypadkowe i wywołuje ogromne zaskoczenie, ponieważ dopóki wątroba funkcjonuje bez zastrzeżeń, pacjent niczego nie podejrzewa, a jeśli dodatkowo nie przechodził ostrej fazy infekcji – trudno mu pojąć, że narząd został tak podstępnie zniszczony przez dawno spotkanego wirusa.
Takie ogromne zaskoczenie spotkało naszego rozmówcę, jednego z pacjentów Centrum Onkologii w Warszawie, pana Jędrzeja, który zgodził się porozmawiać z nami o swojej chorobie, obawach z nią związanych, trudnym i wyczerpującym leczeniu, wytrwałości, woli walki i nieopuszczającej go nadziei na jej wygranie.
»
W latach 80. pan Jędrzej miał poważny wypadek samochodowy, w wyniku którego stracił dużo krwi. Jego stan był bardzo ciężki, transfuzja krwi uratowała mu życie. Ponad półtora roku temu lekarze stwierdzili u niego raka wątrobowokomórkowego, który rozwinął się w konsekwencji całkiem bezobjawowej infekcji HCV. W każdym razie, do objawów takich jak brak apetytu czy zmęczenie i nawracające bóle mięśni i stawów, pan Jędrzej nie przywiązywał wagi, bo ogólny stan jego zdrowia po wypadku i tak nie pozwalał mu cieszyć się dobrą formą. Nie wiązał rozpoznania raka wątrobowokomórkowego z przebytą infekcją wirusem HCV, o której, aż do dziś nic zresztą nie wiedział. W ostatnich latach, nie stronił też od alkoholu, wypijając kilka piw w tygodniu.
„Kiedy lekarz postawił diagnozę, przeraziłem się. Mój szkolny kolega zmarł wiele lat temu na raka wątroby. Pamiętałem, że wtedy nie było jak go leczyć. Żadna terapia nie była w stanie uratować mu życia. Już w chwili rozpoznania na operację było za późno. Jacek nie przeżył roku od postawienia diagnozy.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co wtedy powiedział mi lekarz. Czułem kompletną pustkę w głowie, on mówił, a do mnie nic nie docierało. Tłukły mi się w głowie tylko dwa słowa: rak wątroby. Wróciłem do domu. Żona mało nie zemdlała na mój widok, chyba nie wyglądałem za ciekawie. Trochę odreagowałem, porozmawialiśmy i poczułem, że co by się nie działo, to nie jestem sam, nawet jeśli ta choroba ma zamiar mnie zniszczyć. Ale przecież nie moje otoczenie... Nie byłem sam. Potem zaczęliśmy szperać po necie, czytać co się dało na ten temat. Miałem wrażenie, że mam więcej szans niż Jacek, że istnieje obecnie więcej sposobów leczenia niż 20 lat temu. Trafiłem na artykuł z Gazety Olsztyńskiej opisujący przypadek pacjenta całkowicie wyleczonego z raka wątroby, u którego przeprowadzono termoresekcję wątroby. Nie zakwalifikowano mnie na razie do zabiegu operacyjnego, ale usłyszałem, że kilka szpitali proponuje inne, równie nowoczesne, metody leczenia cybernożem czy z użyciem robota da Vinci, tylko jak się tam dostać...”
„Minęło trochę czasu, za mną już kilka następnych wizyt u lekarza, wiele badań, wszczepienie portu, początek leczenia. Na szczęście nie miałem przerzutów (jeszcze). Brałem chemię, standardową. Miało być ich pięć. Pierwsza przeszła nawet nieźle. Trochę wymiotowałem, ale dałem sobie z tym radę. Przy drugiej wypadły mi włosy, czułem się paskudnie. Miałem dni lepsze i gorsze. Podczas lepszych, czułem się silny i niepokonany. Kiedy nadchodziły te gorsze, pojawiał się strach i te wszystkie pytania: dlaczego właśnie ja, co będzie dalej, ile zostało mi czasu… Każdej następnej chemii bałem się coraz bardziej, bo guzy nie znikały. Nie miałem odwagi zadawać lekarzowi więcej pytań. Ale kiedy ostatni raz odebrałem wyniki tomografii komputerowej, poczułem, że wszystkie siły mnie opuściły. Tyle razy powtarzałem sobie, żeby nie załamywać się, że każdy chory jakoś ciągnie ten wózek, że trzeba walczyć. Było ciężko. To długa historia, więc powiem teraz trochę w skrócie. Skierowano mnie na operację, kilka guzów wycięto, ale nie wszystkie. Potem trafiłem na konsultację do innego lekarza, który zaproponował mi terapię niestandardową, tzw. celowaną, przy użyciu względnie nowego leku – sorafenibu. Powiedział, że skutki uboczne są łagodniejsze niż przy typowej chemii. Był tylko jeden problem: ta terapia jest bardzo droga i NFZ refunduje ją tylko w niektórych przypadkach. Dużo papierów do wypełnienia, znowu konsultacje, czekanie i na szczęście dostałem lek. Nie obeszło się jednak bez skutków ubocznych: biegunka, bolały i swędziały mnie ręce i stopy, ale przynajmniej byłem w domu. Biegunkę udało się opanować, stopy i ręce przestały mnie swędzieć i zacząłem się wyraźnie lepiej czuć. Trochę przytyłem. Markery są dużo lepsze. Pozostał mi jeszcze miesiąc terapii”.
Pan Jędrzej dodaje: „Dla każdego z nas i dla naszych rodzin rozpoznanie raka jest szokiem. Jak by nie patrzeć, żaden człowiek się tego nie spodziewa. Nikt nie chce stać się pacjentem szpitala onkologicznego. Ogarnia nas strach i naprawdę niewiele trzeba, żeby od chęci walki przejść do całkowitego załamania i poddania się. A walczyć trzeba. Początki są trudne, bo lekarz zaleca coraz to nowe badania, jedne dla potwierdzenia drugich, wyniki nie są najlepsze, wszyscy wiedzą, że leczenie połączone z wielokrotnymi pobytami w szpitalu straszliwie męczy pacjentów, izoluje, komplikuje codzienne życie i często pogarsza sytuację finansową. A nam tak bardzo potrzeba normalności”.
Tekst: Dr Magdalena Magierowska-Szymczyk
Podaję link do Ciekawego artykułu o raku watroby ,który powstaje u osob zarażonych wirusem HCV i HBV . Nie ukrywam ,że bardzo się takiego rozwoju sytuacji obawiam :(.
Od wirusowego zapalenia wątroby do raka wątrobowokomórkowego
Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Rak wątrobowokomórkowy jest bardzo groźną chorobą, o trudnym przebiegu i o niepomyślnym rokowaniu. Znanych jest wiele czynników ryzyka wystąpienia raka wątrobowokomórkowego, do których należą między innymi: zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu B lub C, marskość wątroby spowodowana nadużywaniem alkoholu, spożywanie żywności skażonej aflatoksyną (wydzielaną przez niektóre pleśnie zbożowe) oraz niektóre schorzenia autoimmunologiczne.
Najważniejszymi z wymienionych czynników ryzyka jest niewątpliwie wirusowe zapalenie wątroby typu B i C.
28 lipca jest Światowym Dniem Zapalenia Wątroby
»
Do zakażenia wirusami HBV (Hepatitis B Virus ) i HCV (Hepatitis C Virus) dochodzi drogą pozajelitową, głównie poprzez krew (transfuzje bądź użycie zakażonej igły do wstrzyknięcia np. narkotyku) lub wydzieliny, płyny ustrojowe i wydaliny, takie jak śluz, ślina, płyn nasienny. Mimo wielu podobieństw nie należy jednak wrzucać obu wirusów do jednego worka. Ich zakaźność jest różna. HBV jest bardzo zakaźny, odporny na wiele środków fizyko-chemicznych, między innymi na gotowanie. Niewielka jego ilość w wydzielinach wystarcza do wywołania choroby. Jest to wirus wszędobylski, stąd wprowadzenie szczepień (obowiązkowych już m.in. w Polsce i USA) ma zapobiec szerzeniu się choroby i ograniczeniu nosicielstwa.
Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Okres inkubacji HBV wynosi średnio 60–100 dni. Przebieg zakażenia nie zawsze jest powiązany z wyraźnymi objawami. Generalnie, im starszy jest organizm, tym wyraźniejsze są objawy. Mogą to być trwające nawet do kilku tygodni bóle stawów, zmęczenie, brak apetytu, gorączka, mdłości, wymioty, biegunka. Mniej więcej jedna czwarta zakażeń objawia się żółtaczką. Bardzo rzadkim (mniej niż 1% przypadków), ale potencjalnie śmiertelnym powikłaniem jest piorunujące zapalenie wątroby, częściej występujące wówczas, gdy współistnieje zakażenie wirusem hepatitis typu D. Infekcje bezobjawowe, a jest ich ok. 10%, jak sama nazwa wskazuje przechodzą niezauważenie, co jednak nie zawsze oznacza wyleczenie. Choroba może przejść w fazę przewlekłą i po wielu latach może doprowadzić do marskości wątroby (po 20-25 latach) czy rozwoju raka wątrobowokomorkowego (nawet po 30-50 latach). Pacjent często bagatelizuje i nie przywiązuje wagi do nieznacznych symptomów, które pomogłyby wcześniej wykryć chorobę, rozpocząć leczenie i zwiększyć szanse przeżycia.
»
HCV jest dużo mniej zakaźny; do wywołania choroby potrzeba sporych dawek wirusa, dlatego jednorazowy kontakt z zainfekowaną igłą przy okazji np. wykonywania tatuażu niekoniecznie doprowadzi do infekcji. Zdecydowana większość zakażeń HCV jest przenoszona drogą krwiopochodną. Czynniki ryzyka to: hemodializy, używanie niejałowego sprzętu medycznego, a także liczne kontakty seksualne. Przed rokiem 1993 w Polsce źródłem zakażenia były także transfuzje krwi. Obecnie przypadki takich zakażeń zostały praktycznie wyeliminowane dzięki stosowaniu w krwiodawstwie testów przesiewowych.
W przypadku HCV zakażenie jest na ogół bezobjawowe. Niewielki odsetek zakażonych ma szansę na trwałe, spontaniczne wyeliminowanie wirusa. U większości osób infekcja nabiera przewlekłego charakteru, co, podobnie jak w przypadku HBV, nie jest jednoznaczne z wystąpieniem powikłań. Jednak należy pamiętać, że około 15-20% przewlekle zarażonych osób jest zagrożonych marskością wątroby, a nawet rakiem wątrobowokomórkowym.
Wykrycie raka bywa bardzo często przypadkowe i wywołuje ogromne zaskoczenie, ponieważ dopóki wątroba funkcjonuje bez zastrzeżeń, pacjent niczego nie podejrzewa, a jeśli dodatkowo nie przechodził ostrej fazy infekcji – trudno mu pojąć, że narząd został tak podstępnie zniszczony przez dawno spotkanego wirusa.
Takie ogromne zaskoczenie spotkało naszego rozmówcę, jednego z pacjentów Centrum Onkologii w Warszawie, pana Jędrzeja, który zgodził się porozmawiać z nami o swojej chorobie, obawach z nią związanych, trudnym i wyczerpującym leczeniu, wytrwałości, woli walki i nieopuszczającej go nadziei na jej wygranie.
»
W latach 80. pan Jędrzej miał poważny wypadek samochodowy, w wyniku którego stracił dużo krwi. Jego stan był bardzo ciężki, transfuzja krwi uratowała mu życie. Ponad półtora roku temu lekarze stwierdzili u niego raka wątrobowokomórkowego, który rozwinął się w konsekwencji całkiem bezobjawowej infekcji HCV. W każdym razie, do objawów takich jak brak apetytu czy zmęczenie i nawracające bóle mięśni i stawów, pan Jędrzej nie przywiązywał wagi, bo ogólny stan jego zdrowia po wypadku i tak nie pozwalał mu cieszyć się dobrą formą. Nie wiązał rozpoznania raka wątrobowokomórkowego z przebytą infekcją wirusem HCV, o której, aż do dziś nic zresztą nie wiedział. W ostatnich latach, nie stronił też od alkoholu, wypijając kilka piw w tygodniu.
„Kiedy lekarz postawił diagnozę, przeraziłem się. Mój szkolny kolega zmarł wiele lat temu na raka wątroby. Pamiętałem, że wtedy nie było jak go leczyć. Żadna terapia nie była w stanie uratować mu życia. Już w chwili rozpoznania na operację było za późno. Jacek nie przeżył roku od postawienia diagnozy.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co wtedy powiedział mi lekarz. Czułem kompletną pustkę w głowie, on mówił, a do mnie nic nie docierało. Tłukły mi się w głowie tylko dwa słowa: rak wątroby. Wróciłem do domu. Żona mało nie zemdlała na mój widok, chyba nie wyglądałem za ciekawie. Trochę odreagowałem, porozmawialiśmy i poczułem, że co by się nie działo, to nie jestem sam, nawet jeśli ta choroba ma zamiar mnie zniszczyć. Ale przecież nie moje otoczenie... Nie byłem sam. Potem zaczęliśmy szperać po necie, czytać co się dało na ten temat. Miałem wrażenie, że mam więcej szans niż Jacek, że istnieje obecnie więcej sposobów leczenia niż 20 lat temu. Trafiłem na artykuł z Gazety Olsztyńskiej opisujący przypadek pacjenta całkowicie wyleczonego z raka wątroby, u którego przeprowadzono termoresekcję wątroby. Nie zakwalifikowano mnie na razie do zabiegu operacyjnego, ale usłyszałem, że kilka szpitali proponuje inne, równie nowoczesne, metody leczenia cybernożem czy z użyciem robota da Vinci, tylko jak się tam dostać...”
„Minęło trochę czasu, za mną już kilka następnych wizyt u lekarza, wiele badań, wszczepienie portu, początek leczenia. Na szczęście nie miałem przerzutów (jeszcze). Brałem chemię, standardową. Miało być ich pięć. Pierwsza przeszła nawet nieźle. Trochę wymiotowałem, ale dałem sobie z tym radę. Przy drugiej wypadły mi włosy, czułem się paskudnie. Miałem dni lepsze i gorsze. Podczas lepszych, czułem się silny i niepokonany. Kiedy nadchodziły te gorsze, pojawiał się strach i te wszystkie pytania: dlaczego właśnie ja, co będzie dalej, ile zostało mi czasu… Każdej następnej chemii bałem się coraz bardziej, bo guzy nie znikały. Nie miałem odwagi zadawać lekarzowi więcej pytań. Ale kiedy ostatni raz odebrałem wyniki tomografii komputerowej, poczułem, że wszystkie siły mnie opuściły. Tyle razy powtarzałem sobie, żeby nie załamywać się, że każdy chory jakoś ciągnie ten wózek, że trzeba walczyć. Było ciężko. To długa historia, więc powiem teraz trochę w skrócie. Skierowano mnie na operację, kilka guzów wycięto, ale nie wszystkie. Potem trafiłem na konsultację do innego lekarza, który zaproponował mi terapię niestandardową, tzw. celowaną, przy użyciu względnie nowego leku – sorafenibu. Powiedział, że skutki uboczne są łagodniejsze niż przy typowej chemii. Był tylko jeden problem: ta terapia jest bardzo droga i NFZ refunduje ją tylko w niektórych przypadkach. Dużo papierów do wypełnienia, znowu konsultacje, czekanie i na szczęście dostałem lek. Nie obeszło się jednak bez skutków ubocznych: biegunka, bolały i swędziały mnie ręce i stopy, ale przynajmniej byłem w domu. Biegunkę udało się opanować, stopy i ręce przestały mnie swędzieć i zacząłem się wyraźnie lepiej czuć. Trochę przytyłem. Markery są dużo lepsze. Pozostał mi jeszcze miesiąc terapii”.
Pan Jędrzej dodaje: „Dla każdego z nas i dla naszych rodzin rozpoznanie raka jest szokiem. Jak by nie patrzeć, żaden człowiek się tego nie spodziewa. Nikt nie chce stać się pacjentem szpitala onkologicznego. Ogarnia nas strach i naprawdę niewiele trzeba, żeby od chęci walki przejść do całkowitego załamania i poddania się. A walczyć trzeba. Początki są trudne, bo lekarz zaleca coraz to nowe badania, jedne dla potwierdzenia drugich, wyniki nie są najlepsze, wszyscy wiedzą, że leczenie połączone z wielokrotnymi pobytami w szpitalu straszliwie męczy pacjentów, izoluje, komplikuje codzienne życie i często pogarsza sytuację finansową. A nam tak bardzo potrzeba normalności”.
Tekst: Dr Magdalena Magierowska-Szymczyk
Subskrybuj:
Posty (Atom)
