sobota, 30 lipca 2011

Pizza domowa i cebularz krok po kroku

W soboty i niedziele mogę korzystać z prądu tańszego bo mam taką taryfę i zawsze wtedy z wielką radością oddaje się pieczeniu :) Dziś postanowiłam ,że zrobię foto kurs jak robić pizze i przy okazji cebularza . Cebularze są przepyszne i jest to nasza regionalna lubelska specjalność .Kiedy piekę ciasto na drożdzach zawsze są one świeże , nigdy jeszcze nie piekłam z tych suszonych , choć mam kilka takich torebeczek w szafce .Zrobiłam fotki z każdego etapu może dla kogoś kto już wie jak to robić będa to banalne rzeczy , ale może skorzystają te osoby które nigdy jeszcze nie robiły i wykonają swoją pierwszą w życiu pizze .
1. w dużej misce rozpuszczamy 2dkg drożdzy w 1\4 szklanki ciepłej wody dodajemy szczyptę cukry i łyżkę mąki mieszamy ze sobą i odstawiamy . Za jakiś czas drozdze zaczynają pracować i rosnąc na powierzchni pojawią się bombelki i nasz zaczyn zaczyna rosnąc .

2.Bierzemy 3 szklanki mąki wsypujemy je do zaczynu , szklankę wody i sól .
Kiedyś miesiłam ciasto ręcznie ale teraz wiem ,że szybciej i łatwiej robi się go robotem, jesli ciasto jest gęste to mozna dodac jeszcze ciut wody ale nie wiecej niz 1/2 szklanki .


Ciasto na pizze powinno być nie za gęste bo potem wychodzi łamiząbek a nie puszyste cudo . lepsze za rzadkie ciasto niz zbita gęsta kula .
3.przykrywamy miskę czystą ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia . Można od razu wykładać ciasto na blachę i po uformowaniu kłaść dodatki . ja jednak odstawiam ciasto do wyrośnięcia .Na fotce są dwa ciasta na chleb i na pizze . Chleb to to ciemniejsze ciasto .
4. Ciasto sobie rośnie a my szykujemy blachę na której będziemy , piec smarujemy ją dość hojnie olejem ale nie tak aby w nim pływała . Jesli ktoś nie lubi dużo tłuszczu można polożyć papier do pieczenia i tylko odrobinę zwilżyć olejem . Wyrośnięte ciasto wykładamy na blachę pomagamy sobie rękami trzeba je posmarować odrobiną tłuszczu wtedy ciasto nie klei się do rąk . Ja swoje podzieliłam na 4 części można robić jedną duża pizze lub dla każdego osobno z innymi dodatkami . Ciasto podzieliłam dużym nożem.

5. Natłuszczonymi palcami i dłonią rozciagamy ciasto na blaszkach , lubi się ono kurczyć z powrotem ale nie trzeba się poddawać :))Po rozciagnięciu smarujemy sosem pomidorowem własnej roboty lub gotowym keczupem .

5. Na cebularza ułożyłam pokrojoną w kostkę cebulę i posypałam makiem ,oryginalny przepis mówi o podsmażeniu cebuli przed położeniem na ciasto .




6. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni , wkładamy podrośniętą pizze i pieczemy20 -30 minut aż brzegi zaczynają się rumienić . I tyle :)) Smacznego :)




środa, 27 lipca 2011

Od wirusowego zapalenia wątroby do raka wątrobowokomórkowego -artykuł

http://www.medonet.pl/element-akcji-okresowej,artykul,910050,1647061,1,od-wirusowego-zapalenia-watroby-do-raka-watrobowokomorkowego,index.html


Podaję link do Ciekawego artykułu o raku watroby ,który powstaje u osob zarażonych wirusem HCV i HBV . Nie ukrywam ,że bardzo się takiego rozwoju sytuacji obawiam :(.



Od wirusowego zapalenia wątroby do raka wątrobowokomórkowego
Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Rak wątrobowokomórkowy jest bardzo groźną chorobą, o trudnym przebiegu i o niepomyślnym rokowaniu. Znanych jest wiele czynników ryzyka wystąpienia raka wątrobowokomórkowego, do których należą między innymi: zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu B lub C, marskość wątroby spowodowana nadużywaniem alkoholu, spożywanie żywności skażonej aflatoksyną (wydzielaną przez niektóre pleśnie zbożowe) oraz niektóre schorzenia autoimmunologiczne.

Najważniejszymi z wymienionych czynników ryzyka jest niewątpliwie wirusowe zapalenie wątroby typu B i C.

28 lipca jest Światowym Dniem Zapalenia Wątroby



»


Do zakażenia wirusami HBV (Hepatitis B Virus ) i HCV (Hepatitis C Virus) dochodzi drogą pozajelitową, głównie poprzez krew (transfuzje bądź użycie zakażonej igły do wstrzyknięcia np. narkotyku) lub wydzieliny, płyny ustrojowe i wydaliny, takie jak śluz, ślina, płyn nasienny. Mimo wielu podobieństw nie należy jednak wrzucać obu wirusów do jednego worka. Ich zakaźność jest różna. HBV jest bardzo zakaźny, odporny na wiele środków fizyko-chemicznych, między innymi na gotowanie. Niewielka jego ilość w wydzielinach wystarcza do wywołania choroby. Jest to wirus wszędobylski, stąd wprowadzenie szczepień (obowiązkowych już m.in. w Polsce i USA) ma zapobiec szerzeniu się choroby i ograniczeniu nosicielstwa.

Nowotwory złośliwe wątroby są w zdecydowanej większości przypadków nowotworami przerzutowymi z innych organów. Pierwotny rak wątroby to ok. 5% przypadków. Najczęściej jest to rak wątrobowokomórkowy. Z jego powodu w Polsce rocznie umiera 2500 osób, trzy razy częściej chorują mężczyźni. Czytaj więcej
Okres inkubacji HBV wynosi średnio 60–100 dni. Przebieg zakażenia nie zawsze jest powiązany z wyraźnymi objawami. Generalnie, im starszy jest organizm, tym wyraźniejsze są objawy. Mogą to być trwające nawet do kilku tygodni bóle stawów, zmęczenie, brak apetytu, gorączka, mdłości, wymioty, biegunka. Mniej więcej jedna czwarta zakażeń objawia się żółtaczką. Bardzo rzadkim (mniej niż 1% przypadków), ale potencjalnie śmiertelnym powikłaniem jest piorunujące zapalenie wątroby, częściej występujące wówczas, gdy współistnieje zakażenie wirusem hepatitis typu D. Infekcje bezobjawowe, a jest ich ok. 10%, jak sama nazwa wskazuje przechodzą niezauważenie, co jednak nie zawsze oznacza wyleczenie. Choroba może przejść w fazę przewlekłą i po wielu latach może doprowadzić do marskości wątroby (po 20-25 latach) czy rozwoju raka wątrobowokomorkowego (nawet po 30-50 latach). Pacjent często bagatelizuje i nie przywiązuje wagi do nieznacznych symptomów, które pomogłyby wcześniej wykryć chorobę, rozpocząć leczenie i zwiększyć szanse przeżycia.



»


HCV jest dużo mniej zakaźny; do wywołania choroby potrzeba sporych dawek wirusa, dlatego jednorazowy kontakt z zainfekowaną igłą przy okazji np. wykonywania tatuażu niekoniecznie doprowadzi do infekcji. Zdecydowana większość zakażeń HCV jest przenoszona drogą krwiopochodną. Czynniki ryzyka to: hemodializy, używanie niejałowego sprzętu medycznego, a także liczne kontakty seksualne. Przed rokiem 1993 w Polsce źródłem zakażenia były także transfuzje krwi. Obecnie przypadki takich zakażeń zostały praktycznie wyeliminowane dzięki stosowaniu w krwiodawstwie testów przesiewowych.

W przypadku HCV zakażenie jest na ogół bezobjawowe. Niewielki odsetek zakażonych ma szansę na trwałe, spontaniczne wyeliminowanie wirusa. U większości osób infekcja nabiera przewlekłego charakteru, co, podobnie jak w przypadku HBV, nie jest jednoznaczne z wystąpieniem powikłań. Jednak należy pamiętać, że około 15-20% przewlekle zarażonych osób jest zagrożonych marskością wątroby, a nawet rakiem wątrobowokomórkowym.

Wykrycie raka bywa bardzo często przypadkowe i wywołuje ogromne zaskoczenie, ponieważ dopóki wątroba funkcjonuje bez zastrzeżeń, pacjent niczego nie podejrzewa, a jeśli dodatkowo nie przechodził ostrej fazy infekcji – trudno mu pojąć, że narząd został tak podstępnie zniszczony przez dawno spotkanego wirusa.

Takie ogromne zaskoczenie spotkało naszego rozmówcę, jednego z pacjentów Centrum Onkologii w Warszawie, pana Jędrzeja, który zgodził się porozmawiać z nami o swojej chorobie, obawach z nią związanych, trudnym i wyczerpującym leczeniu, wytrwałości, woli walki i nieopuszczającej go nadziei na jej wygranie.



»


W latach 80. pan Jędrzej miał poważny wypadek samochodowy, w wyniku którego stracił dużo krwi. Jego stan był bardzo ciężki, transfuzja krwi uratowała mu życie. Ponad półtora roku temu lekarze stwierdzili u niego raka wątrobowokomórkowego, który rozwinął się w konsekwencji całkiem bezobjawowej infekcji HCV. W każdym razie, do objawów takich jak brak apetytu czy zmęczenie i nawracające bóle mięśni i stawów, pan Jędrzej nie przywiązywał wagi, bo ogólny stan jego zdrowia po wypadku i tak nie pozwalał mu cieszyć się dobrą formą. Nie wiązał rozpoznania raka wątrobowokomórkowego z przebytą infekcją wirusem HCV, o której, aż do dziś nic zresztą nie wiedział. W ostatnich latach, nie stronił też od alkoholu, wypijając kilka piw w tygodniu.

„Kiedy lekarz postawił diagnozę, przeraziłem się. Mój szkolny kolega zmarł wiele lat temu na raka wątroby. Pamiętałem, że wtedy nie było jak go leczyć. Żadna terapia nie była w stanie uratować mu życia. Już w chwili rozpoznania na operację było za późno. Jacek nie przeżył roku od postawienia diagnozy.

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co wtedy powiedział mi lekarz. Czułem kompletną pustkę w głowie, on mówił, a do mnie nic nie docierało. Tłukły mi się w głowie tylko dwa słowa: rak wątroby. Wróciłem do domu. Żona mało nie zemdlała na mój widok, chyba nie wyglądałem za ciekawie. Trochę odreagowałem, porozmawialiśmy i poczułem, że co by się nie działo, to nie jestem sam, nawet jeśli ta choroba ma zamiar mnie zniszczyć. Ale przecież nie moje otoczenie... Nie byłem sam. Potem zaczęliśmy szperać po necie, czytać co się dało na ten temat. Miałem wrażenie, że mam więcej szans niż Jacek, że istnieje obecnie więcej sposobów leczenia niż 20 lat temu. Trafiłem na artykuł z Gazety Olsztyńskiej opisujący przypadek pacjenta całkowicie wyleczonego z raka wątroby, u którego przeprowadzono termoresekcję wątroby. Nie zakwalifikowano mnie na razie do zabiegu operacyjnego, ale usłyszałem, że kilka szpitali proponuje inne, równie nowoczesne, metody leczenia cybernożem czy z użyciem robota da Vinci, tylko jak się tam dostać...”

„Minęło trochę czasu, za mną już kilka następnych wizyt u lekarza, wiele badań, wszczepienie portu, początek leczenia. Na szczęście nie miałem przerzutów (jeszcze). Brałem chemię, standardową. Miało być ich pięć. Pierwsza przeszła nawet nieźle. Trochę wymiotowałem, ale dałem sobie z tym radę. Przy drugiej wypadły mi włosy, czułem się paskudnie. Miałem dni lepsze i gorsze. Podczas lepszych, czułem się silny i niepokonany. Kiedy nadchodziły te gorsze, pojawiał się strach i te wszystkie pytania: dlaczego właśnie ja, co będzie dalej, ile zostało mi czasu… Każdej następnej chemii bałem się coraz bardziej, bo guzy nie znikały. Nie miałem odwagi zadawać lekarzowi więcej pytań. Ale kiedy ostatni raz odebrałem wyniki tomografii komputerowej, poczułem, że wszystkie siły mnie opuściły. Tyle razy powtarzałem sobie, żeby nie załamywać się, że każdy chory jakoś ciągnie ten wózek, że trzeba walczyć. Było ciężko. To długa historia, więc powiem teraz trochę w skrócie. Skierowano mnie na operację, kilka guzów wycięto, ale nie wszystkie. Potem trafiłem na konsultację do innego lekarza, który zaproponował mi terapię niestandardową, tzw. celowaną, przy użyciu względnie nowego leku – sorafenibu. Powiedział, że skutki uboczne są łagodniejsze niż przy typowej chemii. Był tylko jeden problem: ta terapia jest bardzo droga i NFZ refunduje ją tylko w niektórych przypadkach. Dużo papierów do wypełnienia, znowu konsultacje, czekanie i na szczęście dostałem lek. Nie obeszło się jednak bez skutków ubocznych: biegunka, bolały i swędziały mnie ręce i stopy, ale przynajmniej byłem w domu. Biegunkę udało się opanować, stopy i ręce przestały mnie swędzieć i zacząłem się wyraźnie lepiej czuć. Trochę przytyłem. Markery są dużo lepsze. Pozostał mi jeszcze miesiąc terapii”.

Pan Jędrzej dodaje: „Dla każdego z nas i dla naszych rodzin rozpoznanie raka jest szokiem. Jak by nie patrzeć, żaden człowiek się tego nie spodziewa. Nikt nie chce stać się pacjentem szpitala onkologicznego. Ogarnia nas strach i naprawdę niewiele trzeba, żeby od chęci walki przejść do całkowitego załamania i poddania się. A walczyć trzeba. Początki są trudne, bo lekarz zaleca coraz to nowe badania, jedne dla potwierdzenia drugich, wyniki nie są najlepsze, wszyscy wiedzą, że leczenie połączone z wielokrotnymi pobytami w szpitalu straszliwie męczy pacjentów, izoluje, komplikuje codzienne życie i często pogarsza sytuację finansową. A nam tak bardzo potrzeba normalności”.

Tekst: Dr Magdalena Magierowska-Szymczyk

poniedziałek, 25 lipca 2011

Konserwa z mielonego mięsa

Przepis na ten wyrób nie jest mojego autorstwa znalazłam na na forum "Super Domek "
Podaję link do oryginalnego przepisu .
http://www.superdomek.pl/przepisy/697,kielbasa-w-sloikach.html

Do wyrobu takiej konserwy , może być według mnie każde mięso aby tylko nie gotowe mielone które kupuję się paczkowane w sklepie bo tam jest dużo wypełniaczy i innych substancji . Ja wykorzystałam promocje w sklepie na łopatkę i kupiłam 2kg . Poprosiłam od razu o zmielenie jej sprzedawczynię oszczędziło mi to tej czynności w domu . Będę próbowała robić takie słoiki z mielonym kurczakiem .
Mięso mielone wymieszałam z pokrojonym drobniutko czosnkiem dobrze jest przepuścić go przez rozgniatacz do czosnku . Dodałam sól , pieprz , trochę majeranku .Ważne aby nie przesolić masy która podczas gotowaniu kurczy się w słoikach i może być za słona . Ja nie mogłam zdobyć się na popróbowanie tej surowej masy ale wyrabiałam mięso ręką i po prostu polizałam palec dał mi to jakieś wyobrażenie o słoności potrawy. Można dodać ulubione mieszanki przypraw lub . Potrzebujemy słoiki takie dżemowe . Napełniamy je masą dokładnie ubijając aby nie było wolnego miejsca , ja nakładałam do 3\4 wysokości ale można dać więcej choć nie po samo wieczko . Dokładnie zakręcamy wieczka i wstawiamy do garnka wyłożonego na dnie ściereczką , i gotujemy na wolnym ogniu tak aby woda tylko mrugała przez godzinę . Następnie słoiki wyjmujemy , studzimy , wkładamy do lodówki a na drugi dzień znów gotujemy na wolnym ogniu godzinę . Po ostudzeniu w lodówce otrzymujemy domową konserwę w postacie mięsa z galaretką i odrobiną tłuszczu . Można go wykorzystać na kanapki , lub do bigosu czy po pokrojeniu na kawałki do sosu .
Z 2 kg mięsa wyszło mi 17 słoików po dżemie .
Myślę ,że Panom taka domowa konserwa przypadnie do gustu można ją zabrać ze sobą na ryby lub do pracy .


czwartek, 21 lipca 2011

Krawieckie przeróbki

Ostatnio trafiłam w ciuszku na super bluzeczkę , oczarował mnie jej piękny kwiatowy wzór . Po małym tuningu i kilku dodatkach zrobiłam z niej letnią torbę na podszewce . Pierwotnie miałabyć na bambusowych kółkach ,m ale niestety nie znalazłam takich u siebie w sklepach . Fotki bluzki a potem już gotowej torby .



Przerobiłam też zwykłą sukienkę na bombkę , córka zadowolona bo teraz modne takie są .

wtorek, 19 lipca 2011

5 miesiąc kuracja Quensyl

Od 1 marca biorę Quensyl , na początku organizm się buntował , ale teraz już jest dobrze . Muszę bardzo pochwalić ten lek, efekt jego przyjmowania jest dla mnie taki ,że po pierwsze zlikwidował bóle stawów . Nie bolą mnie ręce , nogi kolana kręgosłup , bardzo rzadko dokucza mi szyja . Nie muszę brać tabletek przeciwbólowych ani zastrzyków . Dzięki temu jakość mojego życia uległa wielkiej poprawie , kiedy człowiek budzi się rano i nie czuje bólu już to samo w sobie jest super :) Odzyskałam sprawność dłoni,mogę normalnie pisać szyć i wykonywać różne czynności które wymagają precyzji . Kiedyś było to problematyczne bo stawy w dłoniach były opuchnięte i sztywne . Kolejną korzyścią jest to ,że nie mam nawracających stanów zapalnych w oczach , nie muszę brać kropli ze sterydami . Ogólnie same plusy ale w zamian za to jest jeden minus nie mogę przebywać na słońcu . Jeśli jest ładny słoneczny dzień to po 15 -20 minutach na słońcu zaczyna mnie okropnie boleć głowa , a słońce po prostu piecze skórę tak jakby ktoś lał gorącą wodę na nią . Unikam bezpośredniej styczności ze słońcem idę zacienioną stroną ulicy i nawet jesli jest mi przykro z powodu tego ograniczenia to zawsze pamiętam ,że jest to dla mnie lek ,który powoduje ,że żyję bez bólu .Fajnie było by chodzić pod letnim parasolem tak jak kiedyś kobiety chodziły ale w moim małym miasteczku nawet widok kapelusza na damskiej głowie jest rzeczą która zwraca powszechną uwagę .Będę znów sprowadzać Quensyl z Niemiec i brać go dopóki będzie to możliwe :)

sobota, 16 lipca 2011

Murzynek klasyka PRL

To ciasto zawsze przypomina mi czasy PRL kiedy słodycze były na kartki i kiedy moim największym marzeniem było zjeść całą polewę z murzynka :)Ciasto piekłam w niedzielę i nie było większego przysmaku niż kromka ciasta i kubeczek mleka . Ciasto nadal jest pyszne i łatwe do zrobienia .Smakuje biszkoptowo-czekoladowo i lubią go wszystkie dzieci małe i te całkiem duże .

Przepis jest prosty ja piekę zawsze murzynka w prodiżu i jeszcze się nie zdarzyło aby się nie udał . Robię zawsze to ciasto z "dziurką "w środku, bo takie ładnie równo wyrasta ,bez dziurki lubi się robić wyrośnięta górka na środku , która zawsze dotykała mi wierzchu prodiża i przypiekała się zbyt mocno .

1 margaryna
pół szklanki mleka lub wody
mniej niż 2 szklanki cukru
4 łyżki kakao
4 jaja
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Przepis: Margarynę, mleko, cukier, kakao podgrzać do całkowitego rozpuszczenia. Odlać pół szklanki na polewę. Po wystudzeniu dodać mąkę, proszek, żółtka . Wymieszać i dodać ubitą pianę z białek,delikatnie wymieszać masę z pianą z białek .

Przełożyć ciasto do foremki wysmarowanej tłuszczem i posypanej bułką tartą i upiec w średnio nagrzanym piekarniku. Polać polewą czekoladową.Można posypać wiórkami kokosowymi . Fotki byle jakie bo na dworze było już ciemno a z lampą błyskową było jeszcze gorzej .

środa, 13 lipca 2011

Katy Perry - Firework

Katy Perry - Firework

Od wczoraj słucham tej piosenki i oglądam teledysk i za każdym razem czuję to samo radość i wzruszenie . Uważam ,że trzeba znaleźć w sobie odwagę ,aby zmierzyć się z życiem . Każdy z nas ma inne bariery i problemy do pokonania, ale warto. Ja czuję w sobie taką właśnie siłę i radość, jak na tym teledysku . Wiem ,że życie jest bardzo kruchą i ulotną chwilą i łapię w ręce każdy mijający dzień . Dziś dowiedziałam się o śmierci znajomej mi osoby , zasmuciłam się i znów utwierdziłam się w przekonaniu ,że warto cieszyć się tym ,że budzę się co rano i ,że po prostu jestem . Zaden dzień nie powtórzy się , jakie mamy życie to zależy tylko od nas naszego nastawienia i chcęci do walki z przeciwnościami .Nie trzeba czekać ,że przyjdzie ktoś i rozwiąże nasze problemy , czekać w zawieszeniu na cud. Trzeba brać życie w swoje ręce , zaczynac od drobiazgów i przechodzić do większych rzeczy . Ja od dzieciństwa boję się wody , topiłam się jako dziecko . Któregoś dnia obserwując swoje dzieci bawiące się beztrosko na basenie zapragnęłam poczuć ,jak to jest pływać . Na drugi dzień nałożyłam kostium , przemykałam chyłkiem z przebieralni zawstydzona swoją niedoskonała figurą . Wydawało mi się ,że wszyscy na mnie patrzą ale przeciez tak nie było , bo każdy był zajęty swoimi sprawami .Potem weszła do wody , wziełam piankowe deski do pływania -2 na wszelki wypadek :)). Stanełam z nimi w wodzie , nogi mi się trzęsły oddech zatrzymywał w płucach . Zamknęłam oczy i rzuciłam się śmiało do wody ! Było to dla mnie jak skok z urwiska , poczułam wielką radośc i dumę z siebie ,że się odważyłam . Tą chwilę zapamiętam do końca życia było to jak te fajerwerki na teledysku . W każdym z nas w srodku drzemie wielka moc . Jest to moc zmiany siebie . Ktoś mi powiedział ,że jeśli chcę zmienić innych powinnam zacząć od zmiany siebie . Teraz nie obawiam się chodzić na basen , nadal nie umiem pływać , ale z deską umiem już przepłynąc spory kawałek . Pewnie przyjdzie kiedyś taki dzień ,że odważe się popłynąc bez niej :)) .
Posłuchajcie Katy Perry Firewolk , nie wiem o czym śpiewa bo nie znam angielskiego ale piosenka ta ma dla mnie wielki ładunek pozytywnej energii .

poniedziałek, 11 lipca 2011

Cieszmy się z małych rzeczy

Malowanie

Przy kuracji Quensylem nie wolno przebywać na słońcu , szczególnie trudne i przykre jest to w lecie . Dziś wykorzystałam piękny dzień do renowacji stolika i krzesełek , które kiedyś kupiłam dzieciom do zabawy na podwórku . Po południu na wewnętrzynym podwórku w mojej kamienicy jest cień i dzięki temu malowałam na powietrzu . Dzień był bardzo gorący i farba szybko wyschła .
Tak wyglądały przed malowaniem .


Tak po renowacji :)



Zostało jeszcze dużo farby akurat na bramę . Brama też jest na podwórku .



Na koniec szczęśliwa malarka , która dopiero po skończonej pracy przypomniała sobie ,że nie ma czym zmyć z siebie farby :)))

sobota, 9 lipca 2011

Broszki z zamków

Zobaczyłam w internecie takie broszki i oczarowały mnie swoją genialnością i łatwością wykonania . Przekopałam pól domu w poszukiwaniu zamka dość długiego i o ciekawych ząbkach i znalazłam tylko jeden . Wczoraj w nocy skończyłam przyszywac listki . Jestem bardzo zadowolona z efeku . Listki uszyłam ze skrawków srebrnego materiału i wyszywałam je srebrną nitką . Brakuje mi teraz tylko zapięć do broszek nigdzie w sklepie nie znalazłam . Na razie przyszyję agrafki od spodu.
Natchnieniem i wzorem dla moich broszek były róże wykonane pzrez blogerkę z tego bloga . Dziękuje :)
http://marikopleple.blogspot.com/2010/10/dodatki.html

The Police - Message In A Bottle :)))

Jak z 3 udek zrobić 14 kotletów :)) z cyklu cuda w kuchni :)

Ulubione danie moich dzieci to panierowane kotlety z piersi kurczaka , mogli by je jeść codziennie ale cena filetów z kurczaka jest dla mnie wysoka . U sklepie była promocja na udka 3,99 . Kupiłam 3 i wpadłam na taki pomysł ,żeby zamiast potrawki czy pieczenia zrobić z nich kotlety . Danie jest dośc pracochłonne bo oddzielenie mięsa od kości zajmuje trochę czasu , ale za to mam 14 kotletów . Nie sa niewiadomo jak wielkie ale dla dzieci będą w sam raz . Z kości i skór można zrobić zupę lub wyrzucić jesli ktoś nie chce tego wykorzystać . Zrobiłam fotki z procesu powstawania kotletów może ktoś nie jest mistrzem w kuchni i przyda mu się takie fotostory .

1.Przygotowane udka
2.Oddzielamy skórę i tłuste części . Dobry jest cienki i ostry nóż .Skórka praktycznie odchodzi sama .

3.Otrzymujemy "gołe udkO"

4. Dzielimy udko w wąskiej części .

5. Odzielamy mięso od kości , jesli mięso nie odziela się równo , zrobi się dziurka nie trzeba się tym przemować .Potem przy formowaniu kotletów będzie można wykorzystać każdy kawałeczek .

6. Otrzymujemy takie kawałki mięsa ,górę udka dzielimy na pół, lub 4 częście jeśli udko jest bardzo duże z dołu udka ja robiłam dwa kotlety ale moje udka były naprawdę duże .Z mniejszych udek będzie mniej kotletów .

7. Odzielone mięso i osobno kości tłuszcz i skóra.

8. Teraz potrzebujemy dośc grubą folię , ułatwia ona rozbijanie mięsa , likwiduje problem przyklejania mięsa do deski i tłuczka .


9. Kotlety rozbijamy na ulubioną przez nas grubość, u mnie są cienko rozbite . W trakcie rozbijania można zuzyć wsztkie drobne kawałki mięsa , które odzieliły się nam w trakcie odzielania od kości . Kładziemy takie kawałek na rozbijany kotlet i "wklepujemy" go w niego tłuczkiem .

10. Otrzymujemy takie kotlety , pzred panierowaniem mozna posypac ulubioną przyprawą lub natrzeć czosnkiem .

11. Teraz panierka . Ja panieruję kotlety w ten sposób najpierw w bułce tartej , potem w rozbitym jajku i znów w bułce tartej . Kotlety dobrze docistam do bułki . Otrzymuję tym sposobem to co moje dzieli lubią najbardziej czyli grubą warstwę panierki na kotlecie.

12. Opanierowane kotlety smażę od razu , gdyż jak długo leżą odchodzi z nich panierka . Kotlety panierowane tzreba smażyć na nie za dużym ogniu , bo jesli ogień jest duży to panierka "pali "się a środek kotleta jest surowy . Nie wolono też kłaśc kotletów na zimny tłuszcz ,bo tłuszcz wsiąka wtedy w kotlety i są mega tłuste. Po usmażeniu u mnie składam je w patelni z grubym dnem , która długo trzyma ciepło , więć kiedy smażę ostatniego kotleta pierwszy jest nadal ciepły .
13. Koniec pracy i 14 kotletów w patelni:)) . Opis szczególowy, kto umie gotowac niech pominie , kto się uczy gotowac może się z niego ucieszy .

WAŻNE - Mezo + Kasia Wilk (HQ) Super słowa :)

środa, 6 lipca 2011

Kwiatek do kapelusza

Znajoma zamówiła u mnie jakiś kwiatek do ozdoby kapelusza na wesele . Sukienkę ma czerwoną takie sam jest kolor kwiatka . Zrobiłam dwa do wyboru , jeden atłasowy , drugi z cieniutkiego woalu .

wtorek, 5 lipca 2011

Torba ze spodni część druga

Z nogawic spodni skórzanych zrobiłam taką torebkę. Ma podszewkę i mocne uszy ozdobiłam ją kwiatkiem , który zrobiłam z kawałka materiału .